Rozwój to nie linia prosta, skierowana do góry.

with Brak komentarzy

 

Na pewno widzieliście ślad na niebie po właśnie przelatującym samolocie. Białą linię, wyraźną z przodu i rozmytą z tyłu, skierowaną ku górze i do przodu. Kiedy dorastałam myślałam, że tak właśnie wygląda wykres rozwoju zawodowego i osobistego. Wszechobecny w latach 80 i 90 kult sukcesu promował oprócz poduszek na ramionach i supermodelek, naiwną wiarę w to, że po osiągnięciu jednego szczytu, wejdzie się na następny i jeszcze następny. I tak łącząc kropki, wyrysuje się wykres własnego życia przypominający, ową linię prostą skierowaną do góry.

Tymczasem, w naturze nie występują linie proste. Przyjrzyjcie się dobrze i zobaczycie, że każda z pozoru prosta linia składa się z wielu, mniejszych lub większych krzywizn. Skąd więc to założenie, że linia naszego życia ma być prostą? I to skierowaną do góry?

Jest scena w „Podwójnym życiu Weroniki” Krzysztofa Kieślowskiego, gdzie tytułowa Weronika trzyma kawałek sznurka nad wydrukiem, elektrycznego pomiaru pracy serca. EKG żyjącego człowieka przypomina przekrój przez pasmo górskie, są tam i szczyty i doliny. Weronika układa sznurek właśnie w taki kształt, a potem nagle go prostuje. Dla mnie to metafora kruchości życia, i też ważna lekcja na temat tego, że życie nie jest płaskie, że są w nim tak jak w tym zapisie, chwile wznioślejsze, jak i całkiem dołujące.

 

Zapis_ekg_serca

Brytyjski filozof Alain de Botton, podczas swojego wykładu, którego miałam przyjemność wysłuchać w Londynie w 2010 roku, odniósł się do owego kultu sukcesu. Powiedział o niesamowitej szkodliwości narracji mówiącej, że możemy wszystko. Jako przykład przywołał 18wieczną i pełną dysproporcji społecznych Francję, gdzie ktoś kto urodził się biednym wieśniakiem, najprawdopodobniej nigdy w ciągu swojego życia nie usłyszał o tym, że może wszystko np. zostać królem. Oczywiście piękne jest to, że dzisiaj mamy o wiele większy wybór możliwości, ale wraz z nim pojawiła się gigantyczna presja osiągania. Do tego stopnia, że podejrzanym jest zdecydowanie się na tzw zwykłe życie. Pomimo tego, że od czasu gdy mówił to De Botton, wyrósł kult codzienności oraz ucieczki na wieś, nadal żyjemy w świecie promowania nieustannego wzrostu.

Czas pokaże czy zmieni to pandemia. Pamiętam, jak po pierwszym lockdownie, pod koniec maja 2020, zabrałam samą siebie do jednej z najmodniejszych kawiarni w Poznaniu. Byłam pełna nadziei, że choć trochę wyciągniemy wnioski z zaistniałej sytuacji, jednak rozczarowałam się. Nadal mijali mnie panowie w bluzach z logo Gucci wielkości przedramienia, a przy stoliku obok mówiono bardzo głośno, że producenci przydomowych basenów wyrobili do końca kwietnia, swoje plany rozwojowe  na cały rok.

Przypominało mi to rozmowy, które prowadziłam na różnych kontynentach przez większość mojego życia. Bezużyteczne small talki, których celem było przekonanie nie tyle innych, co samego siebie o tym, że jest super, było super i będzie super. Tymczasem, przez większość tego czasu miałam ochotę krzyczeć naprawdę głośno: „Dość!”.

Aktorka_Julie_Delpy_jako_Justine

Justine, bohaterka nowego serialu Netflix: „Na skraju” tak pisze w otwierającym go odcinku: „Przyszło jej do głowy, że być może nic nie jest rzeczywiste. Nic. Może wcale nie ma domu, męża, dziecka, ani pracy. Niczego. Tylko wielka dziura w sercu. Nie, ogromna dziura w piersiach/ oku/ brzuchu/ ogromny odbyt… Gdy zobaczyła tą dziurę wiedziała, że musi ją zakryć i udawać, że o niej nie wie. Bała się, że jeśli dziura się powiększy- wpadnie w nicość. W ogromny odbyt.”

Gra ją, jak i wyreżyserowała i napisała scenariusz Julie Delpy- twórczyni bliska mojemu pokoleniu. Raz w życiu, była mi nawet bliska fizycznie- prawie straciłam oddech, widząc ją przymierzającą obok jeansy w butiku Fred Segal, na Trzeciej ulicy w Los Angeles. Gryzłam palce, powstrzymując się przed tym, żeby nie powiedzieć, jak ważne są dla mnie jej filmy.

Skutecznie, bo nie zakłóciłam jej prywatności- miałam wprawę w gryzieniu palców- robiłam to przez większą część życia. Skupiona na osiąganiu i wygrywaniu, nie dawałam sobie prawa do potknięć, niepowodzeń, a nawet gorszych dni. Co z czasem, przerodziło się w bycie najlepszym w zakrywaniu dziury, o której pisała Justine, do tego stopnia, że chwilami sama już nie byłam w stanie jej dostrzec. Wtedy właśnie się w nią wpada.

Dziś wiem, że o wiele konstruktywniej byłoby od dzieciństwa słyszeć, że każdy z nas, chcąc nie chcąc, podlega ograniczeniom. Różnimy się nie tylko kolorem skóry i oczu, ale też mamy inne układy nerwowe, a co za tym idzie odporność psychiczną. Co więcej choroby psychiczne są częścią życia, taką samą jak każde inne choroby. WHO głosi, że większość z nas, na którymś etapie życia doświadczy jakiegoś rodzaju zaburzeń psychicznych. Jednak nie każdy kryzys rozwojowy jest zaburzeniem, choć może wiązać się z lękiem czy wzmożonym napięciem. Dlatego najważniejszym przekazem jest to, że można o tym wszystkim zwyczajnie rozmawiać, poprosić przyjaciela, psychologa, psychoterapeutę lub coacha o pomoc, a czasami się nawet z tego pośmiać niczym Justine.

Plakat_wystawy_magdaleny_abakanowicz_muzeum_narodowe_poznan
Wystawa_prac_magdaleny_abakanoiwicz_muzeum_narodowe_poznan
Wystawa_prac_magdaleny_abakanowicz_muzeum
Magdalena_Abakanowicz_wystawa

Myślałam o tym oglądając wystawę prac Magdaleny Abakanowicz w poznańskim Muzeum Narodowym, o tytule: „Jesteśmy strukturami włóknistymi”. To cytat z jej wykładu z 1978 roku w Berkley w Kalifornii, gdzie nieopodal w Los Angeles rozgrywa się akcja „Na skraju”. Patrzyłam i zastanawiałam się, jak inaczej wyglądałby świat, gdybyśmy przestali udawać, dostosowując się do nieistniejących wzorców? Gdybyśmy jako ludzie zaakceptowali i częściej głośno mówili o tym, że jesteśmy utkani z delikatnej, niedoskonałej materii, która chwilami może się poplątać? I że to normalne, bo rozwój nie jest linią prostą skierowana do góry.

Aktorki_na_plazy